|
Recenzja książkowa
|
|
"Siomga", Sofija Andruchowycz
Czarne, 2009
---
Z dziećmi artystów należy ostrożnie, zwłaszcza, jeśli same próbują być artystami oraz, co najgorsze, próbują powtarzać drogę sławnych rodziców. Rodziców tak, pacholęta aktorów pchają się do seriali i filmu, choć talentu mają tyle co pieniek drewna. Dzieci muzyków drą mordy do mikrofonów, szarpią struny, a durni rodzice ciągną ich na trasy w charakterze suportów. Czasem, jak pokazuje przykład Fisza albo Marysi Peszek może się jednak udać. Do tego wąskiego grona dołącza Sofija Andruchowycz, córka ukraińskiego pisarza Jurija Andruchowycza.
Andruchowycz cieszy się u siebie statusem analogicznym do naszego Stasiuka, czyli kult w ciapki. Sofija, żeby trzymać się tego porównania, plasuje się gdzieś pomiędzy Agnieszką Drotkiewicz a Sylwią Chutnik. Uprawia osobistą, intymną prozę autobiograficzną, nacechowaną bardzo kobiecym ciepłem. Może z tego powodu nie powinienem czytać tej książki, gdyż chłopu te zawiłości zrozumieć trudno. Rozpoznaję sytuacje: historię podglądacza, prześladującego narratorkę, spóźniony romans, wyprawy do domu wariatów i seksualne inicjacje, są jednak oddane w sposób tak subtelny, dziewczęcy i piękny, że chłop zostaje bezradny z rozsznurowanymi butami.
Siomga – jak dowiaduję się z okładki – to nazwa ryby, ale i potoczne określenie waginy. Wątek inicjacji seksualnej przewija się przez niemal całą książk%E
Łukasz Orbitowski
|
« Przejdź do listy recenzji książkowych
|
|